Iza Igel – producentka „Płynących Wieżowców”

Iza Igel – producentka „Płynących Wieżowców”

Z filmem „Płynące Wieżowce”  jestem związany osobiście z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że poznałem osoby, które ten film tworzyły, a po drugie – byłem na planie i obserwowałem jak ten akt twórczy wyglądał w rzeczywistości. Filmu jeszcze nie widziałem, ale wiem, że ta historia dotknie tematu, który wciąż jeszcze w naszym kraju zahacza o kontrowersje.

Film wyreżyserował Tomasz Wasilewski . W rolach głównych zobaczymy Mateusza Banasiuka, Bartka Gelnera oraz Martę Nieradkiewicz. Obraz opowiada o dojrzewaniu, poszukiwaniu własnej tożsamości oraz akceptacji siebie i innych. Zdobył nagrody m.in. Kryształowy Glob na MFF w Karlowych Warach 2013 oraz bardzo dobre recenzje na innych międzynarodowych festiwalach.

W tym krótkim opisie ja i jak myślę większość osób rozmawiających o filmie pominęliśmy jedną ważną funkcję, bez której produkcja filmu nie miałaby prawa bytu. Mam na myśli producenta i to właśnie na nim chciałbym się skupić w tym materiale. O Tomku Wasilewskim i o aktorach nie będę dzisiaj pisał. Jeśli jesteś ciekawy- zapraszam do odwiedzenia wujka Google –  jest tam spory materiał o ich pracy i osiągnięciach.

W polskim kinie producent jest pomijany (może oprócz zamkniętego filmowego środowiska). Nie wiem z czego się to bierze, ale moje krótkie spotkania z producentkami, podkreślam-  z producentkami, kończyły się z mojej strony wypiekami na twarzy i z wizją końca kariery aktorskiej. Nie będąc  na planie dłużej niż kilka dni zdjęciowych, czyli nie mając pierwszo- lub drugoplanowej roli, nie poznasz składu całej ekipy, a co za tym idzie – nie jesteś w stanie rozpoznać czy dana osoba jest producentem, kierownikiem planu czy może scenografem.  Łatwo więc  o niezręczną pomyłkę  taką jak ta :

– … ja tu gram
– Chyba nosisz piwo ?!
– No… chyba tak. A pani też tu gra?
– Nie. Jestem producentem.

Być może właśnie tego typu sytuacje są przyczyną kompleksów producentów, których poznałem. A przecież są to osoby odpowiedzialne za powstanie całego projektu. Bez nich reżyser nie mógłby przenieść swoich wizji na ekran.  Mój stosunek do producentów odczarowała Iza Igel, która wraz z Romanem Jaroszem była odpowiedzialna za powstanie niezależnego filmu „Płynące Wieżowce”. Z mojej strony to tyle. O swoich początkach z filmem i o pracy nad „Płynącymi Wieżowcami” opowie nam  w szczerym tekście Iza.

Koniec lat 90. Noc. Plener.

Kilkoro przyjaciół zakopuje butelkę czerwonego wina wraz z listami do nich samych za 10 lat. Ponieważ procedurę poprzedziła degustacja zakopywanego trunku, atmosfera jest dość luźna.

Fade to black.

Dziesięć lat później. To samo miejsce. Ci sami ludzie + rodziny, dzieci, psy. Impreza rozrosła się do corocznego pikniku w połowie lata. Są nawet koncerty. Ta impreza jest szczególna – grupa matek i ojców – założycieli event’u, wykopuje pierwsze wino. Rozpoczynają kopanie – po trzydziestu minutach okazuje się, że na głębokości metra skrzynki nie ma. Rozpoczyna się kolejne odmierzanie, pół metra na zachód i 70 cm na północ, nadal nic. W końcu jest – zapadła się na kolejne pół metra…

Otwieramy wino – nie jest zepsute – to już sukces. Ale nawet do Rioja mu daleko… Rozwijamy liściki – nieco zmurszałe, ale mój zachował się całkiem nieźle. Na kartce w kratkę centralnie – jedno zdanie:

„Za 10 lat chcę robić filmy i pracować z Lwem Rywinem”

Już wtedy wiedziałam, że z Lwem przestrzeliłam o parę lat…
Nie studiowałam w szkole filmowej. Ani w Łodzi, ani w Katowicach. Ani nawet we Wrocławiu, choć słyszałam, ze już można. Studiowałam ekonomię w Poznaniu, ale już w trakcie studiów wiedziałam, że w banku pracować nie będę. Już po trzecim roku, kiedy – zupełnym przypadkiem – znalazłam się na planie reklamy (sic), atmosfera planu uwiodła mnie całkowicie. Spotkałam wspaniałych ludzi – Sławka Pasternaka i Jurka Janickiego (Grafitti Film), którzy wykopali mnie z powrotem do Poznania z nakazem powrotu po studiach. Wróciłam. I zaczęłam u nich pracę. Dość przewrotnie zaczęłam z punktu, który większość upatrywała jako szczyt marzeń. Jednak po dwóch latach z reklamą frustracja wygrała. Rzuciłam wszystko, by po dwóch miesiącach wylądować po drugiej stronie ulicy Dominikańskiej, gdzie siedzibę miał Endemol. I tu miałam szczęście pracować przy historycznym wydarzeniu, jakim dla telewizji był Big Brother… Po szaleństwach młodości i pracy na planie po kilkadziesiąt godzin postanowiłam „odpocząć” w dystrybucji – poznając tym samym od kuchni ostatnią fazę życia produktu, do jakiego sprowadza się Film.

Po kilku latach stabilizacji zaczęło jednak ciągnąć wilka do lasu. Wspólnie z Romanem Jaroszem założyliśmy firmę Alter Ego Pictures z zamiarem produkowania niezależnych filmów. Szybciutko jednak okazało się, że nie łatwo się wystartować, a zwłaszcza w tym biznesie. Z pierwszym projektem polegliśmy, zanim zebraliśmy się dobrze do lotu, ale postanowiliśmy się nie poddawać. I właśnie wtedy pojawił się u nas Tomek Wasilewski ze scenariuszem „Płynących Wieżowców”. Świeżo po sukcesie „W sypialni” – filmu, który był dla mnie absolutnym odkryciem. Fakt, ze taki film powstał w Polsce, praktycznie bez budżetu, a wyglądał jak pełnokrwista europejska produkcja – był olśnieniem. Natychmiast weszłam w ten projekt po uszy. Postanowiliśmy, że wyprodukujemy ten Film „no matter what”. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie będzie łatwo znaleźć pieniądze na film, który już dwa razy nie został zrobiony. Zaczęliśmy kompletować budżet, a ponieważ determinacja była ogromna – również obsadę :]. Szukaliśmy młodych aktorów, studentów szkół aktorskich – przeczesaliśmy wszystkie uczelnie, szukaliśmy wśród kontaktów na facebooku i na casting – a w zasadzie nawet zdjęcia próbne zaprosiliśmy kilkudziesięciu młodych aktorów. Pamiętam że Bartek Gelner przyszedł ostatniego dnia, a wychodząc minął się z Mateuszem Banasiukiem. Przywitali się serdecznie – okazało się, że się kumplują. I kiedy ich razem zobaczyłam, obiecałam Bartkowi, że podwiozę go choćby do Wrocławia, byle tylko został i spróbował z Mateuszem. Na szczęście wystarczyło podwiezienie na Mokotowską w Warszawie…

Kiedy jest się producentem filmu niezależnego, wiele rzeczy robi się samemu. Dzięki temu jest taniej – co zawłaszcza w początkowym okresie jest kluczowe… Ale też dzięki temu wiele rzeczy jest po prostu możliwe. Bo nikt wynajęty nie będzie miał takiej determinacji jaką mieliśmy przy pracy nad tym filmem. Wiele razy słyszałam – to niemożliwe, nie da rady – a jednak dawało i to często za uśmiech i „dziękuję”. Mimo niedużego budżetu, dzięki zaangażowaniu aktorów odbyliśmy kilka miesięcy prób. Mateusz Banasiuk trenował pływanie 5 dni w tygodniu (przed bankructwem uratowała nas karta Multisport;)). To był komfort, na który często nie może pozwolić sobie wysokobudżetowa produkcja. Pod tym względem byliśmy przygotowani perfekcyjnie. Ale jak przygotować się na zmianę operatora i scenografa na 3 tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć? Tu trzeba już improwizować. Ale i to się udało, a Kuba Kijowski i Jacek Czechowski wnieśli do filmu nową energię i wielki talent.

Według napisów końcowych jestem Producentem. Ale to określenie ciągle bardziej pasuje do Lwa Rywina. Mimo tego, że zrobiłam już kolejny film („Basen” w koprodukcji ze Studiem Munka), to mam problem z przedstawieniem się: Iza Igel, Producent. To określenie zobowiązuje, trzeba sobie na nie zasłużyć. Łatwiej mi powiedzieć – robię filmy i robię je z pasją. Bo tak trzeba. Bo inaczej się nie da. Bo – jak mawia mój ulubiony reżyser – ludzie bez pasji to zwierzęta.

 

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien